drop blog

Archiwum dla: Luty, 2012

w środku

przez , 29.lut.2012, w Bez kategorii

Początek tygodnia mieliśmy dramatyczny. W poniedziałkowy poranek postanowiłam zataszczyć wreszcie swego syna na pobranie krwi oraz wymaz z nosa. Oczywiście wcześniej odbyliśmy pogadankę na ten temat, Aleksander został w miarę delikatnie uświadomiony, co go czego, że krewka będzie robiła kap kap, że pani będzie czyściła nosek i takie tam. Weszliśmy jako pierwsi o 7.00 do laboratorium…i zaczęła się rzeź niewiniątek. O ile  wymazem poszło ekspresowo, pobieranie krwi trwało jakieś 40 minut. Mały odziedziczył po matce mało widoczne żyłki, w związku z tym całe jego małe łapki zostały pokłute. Nawet dla mnie to było mocne przeżycie, szczególnie jak mu wkłuwały igłę a potem gmyrały nią na wszystkie strony, przy czym on wierzgał, lamentował, krzyczał, prosił itp, a ja musiałam go unieruchomić. W pewnym momencie panie zwątpiły i chciały odpuścić, na co się zachowałam jak wredna mamuśka i stanowczym tonem oświadczyłam, że nie po to z nim przyszłam i pozwoliłam katować, żeby musieć to przechodzić ponownie. Skoro i tak już ryczy, jest nieszczęśliwy i obolały, to mają wydusić z niego tą krew, bo inaczej nie wyjdę. Zrobiły więc jeszcze jedno podejście inną techniką i się udało. Uff. Oboje byliśmy cali mokrzy, opluci, osmarkani, przy czym Aleksander jakby osłabł i ledwo stanął na nóżki. Po czym sztywny trzymając swoje mały łapki całe w plastrach ruszył domagając się odwiedzenia babci w pracy w celu otrzymania pocieszenia. I tak też się stało.

Wczoraj zaś postanowiłam zrobić mu frajdę i odwiedzić moją kumpelkę Babola i jej małe dziecię. Aleksander był zachwycony Łucją, całą ją sobie podotykał, dość niedelikatnie z początku pogłaskał po główce, z zaciekawieniem przyglądał się karmieniu. A potem wszystko musieliśmy odtwarzać w domu :)

Zostaw komentarz więcej...

probka

przez , 23.lut.2012, w Bez kategorii

A nadeszła pora na zmianę wyglądową. Jest ona jeszcze w fazie walki z niedoskonałościami, ale źle nie jest.

Pfi pamiętam jeszcze czasy truskawek na blogu, a także bloga w odcieniach czerni i krwistej czerwieni oraz kobietą z pejczem.

A teraz jako że pani matka, spokojny, stonowany,miły.

Od wczoraj mam dwójkę dzieci, czyli dziecko i brata. Wczoraj było grzecznie, rano Antek był grzeczny, Aleksander już zdecydowanie mniej, zobaczymy jak będzie dziś, kiedy ich poodbieram. Trzymam za siebie kciuki.

Zostaw komentarz więcej...

a psik

przez , 21.lut.2012, w Bez kategorii

Co za katarrrrr….ile to jeszczed może trwać? Nigdy nie miałam tak długiego kataru. W dodatku nie mogę sobie odpowiednio ulżyć, gdyz pomna doświadczeń mojej matki, boję się uzależnienia od kropli do nosa. Jakies dziwy z tym katarem doprawdy, to jest nie do wytrzymania.

Są takie dni, że człowiek naprawdę dziękuje Bogu, że może iść do pracy. Małżonek zszargał mi noc, za to syn zszargał mi poranek, z resztą po raz kolejny z rzędu. Rozpoczyna się niewinnie, staram się go obudzić delikatnie, wprowadzić w radosny nastrój pełen oczekiwania, jakie fantastyczne chwile przyniesie nowy dzień, przytulam, glaszczę, łaskocze, czule przemawiam całuję, rozśmieszam. Widzę, że buzia się śmieje, więc uff moja czujność zostaje uśpiona…i wtedy właśnie rozpoczyna się seria czarnych pomyłek z mojej strony. Niczego nieświadoma wylewam picie pozostałe z nocy ( zawsze na szafce jest przygotowane picie, bo zdarza sie, że Młody w nocy budzi się bardzo spragniony)- wrzask, płacz i tupanie: Mamo, ja chce to picie! Ja: zaraz Ci zrobie świeże! Młody: (rzucając się do zlewu): Ale ja chce to picie! Zaciskam zęby i przetrzymuje jakoś trwający od 5 do 10 minut wybuch. Udaje mi się go ściągnąć na dół. W tym czasie całe jego świeże ubranie robi się mokre od łez i oplute od smarków. Schodzimy na doł, gdzie zaczynam sobie robić kawę. Nakładam ją do wajchy od ekspresu- Wrzask : Mamo, to ja ci miałem zrobić kawę! Płacze…Ja: Kochanie to Ty naciśnij guziczek i przekręć.  Młody ( w pełnym szale): Ale ja chciałem nasypać i ubijać! Szybko w myslach zastanawiam się czy warto w tej chwili być stanowczą, tymbardziej, że widmo zjedzenia śniadania się oddala. Wysypuje kawę i podaje mu łyżkę, żeby nałożył. Młody jednak ma inny plan, z wściekłością postanawia tłuc łyżką w blat, wykrzykując przy tym niezrozumiałe bełkotliwe wrzaski.  Zaciskam zęby i palce do białości, zabieram mu łyżkę, robie kawę. Młody w tym czasie zagłusza nawet ekspres. Wypijam kawę duszkiem( już zapomniałam, co to znaczy delektowanie się kawą), nie zjadam śniadnia. I tak do wyjścia z domu, wciąż coś nie tak, wciąż sobie coś umyśla, że ma być tak a nie inaczej. a ja po prostu staram się być spokojna, bo nie mam czasu na awantury. Przed wyjściem pytam, czy bierze jakieś auta. Opowiedź: nie! Tylko misia w paseczki. Ponawiam pytanie, zeby nie było, że czegoś zapomniał, bo nie bede wracac, a nie chce slyszeć ryków. Odpowiedź: nie , biore tylko misia w paseczki. Ja: to idź na górę i go przynieś, Młody: nie chce. Idę po misia, mając ochotę walnąć czymś komentującego zwyczajowo męża. Ładujemy się do samochodu, jesteśmy w połowie drogi, wrzask: Ja chce ZYGZAKA, zapomniałem ZYGZAKA, zatrzymaj się, zwolnij, wracamy, chce ZYGZAKA. Hm…początkowo spokojnie odpowiadam, że przecież dwa razy pytałam, że nie ma czasu wracac, a poza tym nie bede wracac po przecież pytałam. W momencie, gdy zaczyna kopać w kokpit i okładać mnie misiem w paseczki, poziom mojej furii wzrasta tak bardzo, że się zwyczajnie wydzieram jak stara szafa….co oczywiście nie skutkuje. Wrzucam wierzgającego  do Babci Bożenki, z uglą oddycham i zaczynam dzień…

Dotarłam do pracy, zaparzyłam sobie rumianek,usiadłam i stwierdziłam, że chyba tu dzisiaj zostane, że naprawdę nie chce mi się wracać. Akurat w naszej rodzinie jest tak, że Młody chce tylko mnie. Ja mam mu podać, ja mam mu zabrać, ja mam iść z nim siku, ja się z nim bawię, ja układam puzzle, ja mam z nim oglądać bajkę, ja go zabieram na zakupy, pocztę, do urzędu. WSZĘDZIE. Naprawdę lubię to, nawet się przy tym odprężam, ale szlag mnie trafia, kiedy za mną chodzi, a ja właśnie muszę ugotować, posprzątać, zadzwonić itp. W dni wolne „Matko do pionu” do zabawy, ledwo mi łaskawie pozwoli kawę uważyć, nie mówiąc o spokojnym spożyciu.

Nie umiem być matką polką idealną. Są dni kiedy warczę, kiedy uciekłabym od nich. Wychodzę poćwiczyć, co jest traktowane jak zbrodnia przeciwko ludzkości. Miotanie się jest straszne. Brak konsekwencji jest straszny,  a macierzyństwo jest i wspaniałe i trudne.

Zostaw komentarz więcej...

zaskakujący come back

przez , 17.lut.2012, w Bez kategorii

Nie wiem, z czym to jest związane, że tak się ostatnio rozpisuję i po latach posuchy na blogu taki ruch. Tak ostatnio myślałam, że głupia byłam że skasowałam te dawne notki z czasów młodzieńczych, bo miło sobie czasem poczytać o tym, co było i jakie się wtedy miało podejście do wielu spraw. Tzn ja przezornie sobie te notki gdzieś zapisałam, tylko nie bardzo wiadomo gdzie.

Z okazji Walentynek i tego romantyczngo szału starałam się sobie przypomnieć , jak to kiedyś było i w ogóle. Mało kto wie, że pierwszy raz Pan Mąż pocałował mnie kiedy miałam lat 15, czyli w 2001 roku. Miało to miejsce w nieistniejącym już barze „Siódemka” podczas dni naszego wspaniałego miasta czyli jakoś maj czerwiec, w każdym razie było już ciepło. Atmosfera wokół nie była może jakoś wyjątkowo namiętna, ja za to byłam mocno  rozgrzana wypitymi bezprawnie trzema wściekłymi psami. I Pan Mąż identyfikowany wówczas jako niezłe ciasteczko pocałował mnie. Właściwie z tamtym momentem kojarzy mi się jedno może średnio czułe słowo: zjadł :) jednak nie w sensie negatywnym, właśnie tak pozytywnie mnie zjadł, aż mi się zakręciło w głowie, gdyż po pierwsze zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, a po drugie powinien to zrobić już rok wcześniej, a teraz to nie był najlepszy moment. Nie zmienia to faktu, że poczułam się jak na nastolatkę totalnie fantastycznie. Potem Pan Mąż zjadał mnie nieco częściej.

Co jednak istotne, że nawet teraz po ponad dekadzie od tego zdarzenia i ponad pięciu latach bycia razem, jak sobie wrócę do tamtych chwil, to szybko wraca to uczucie błogości, satysfakcji, że „wreszcie się udało”, beztroski, oraz obraz jego wtedy, innego niż teraz, wyidealizowanego, wyczczonego, naiwnie wykochanego i wymarzonego.

No nie bójmy się tego powiedzieć, teraz to mi pan mąż nabrał cech ludzkich. Od ideału odbiegł daleeeeko szybkim truchtem, ale naprawdę często, gdy tak spojrzę na niego z boku, widze tamtego chłopaczka, z tymi ustami i namiętnym spojrzeniem, bo to akurat na szczęście w ogóle się w nim nie zmieniło.

Zostaw komentarz więcej...

urlop

przez , 15.lut.2012, w Bez kategorii

Dzis siedzimy z Aleksym w chacie.Pluje on i pluję ja. On
jest chory jak zwykle, ja mam chore zatoki od kilku tygodni. Razem
oddychamy przez usta.

Wczorajsze walentynki minęły całkiem niewalentynkowo. Dzień wypełniony był normalnymi zajęciami pracowo- domowymi. No wyjąwszy poranek, kiedy to obdarowaliśmy się prezentami. Ode mnie pięknie zapakowany, z walentynkowym lizakiem, od niego w kopercie, w której przysłał go użytkownik allegro ( R.: kochanie nie masz jakiejś ładnej torebeczki. No cóż dla mojego mężczyzny detale się nie liczą. I tak otrzymałama ogromną paletę z sephory zawierającą wszystkie możliwe przydatne kobiecie akcesoria do makijażu. Prezent super, ale jaki mój mąż chciał być zmyślny. Chyba sobie wykombinował, że na najbliższe 3 lata wyeliminuje z mojego słownika zwroty: o nie, muszę sobie kupić nowy cień, albo misiu eyeliner mi się skończył. Nadzieja jednak płonna, każda kobieta wie, że w kwestii odzieży i kosmetyków koniec wymagań i potrzeb nigdy nie nastąpi :) A wieczorem piliśmy wino w starym stylu pabianickiej, czyli z gwinta :)

Sprostowanie:

Mąż oburzony ostatnią notką, w której przytoczyłam jego krytyczną wypowiedź odnośnie moich wypieków, stwierdził, że powiedział tak dlatego, że ja nic tylko siedzę w kuchni i piekę albo gotuję, a potem narzekam na zmęczenie i brak czasu.  Ja jednak myślę, że powodem gorączkowego tłumaczenia się była wizja wyeliminowania go z listy zjadaczy rogali, do których się przymierzam, a które na jego nieszczeście wychodzą mi bardzo dobrze.

Misiu, kocham Cię :)

Zostaw komentarz więcej...

urlop

przez , 15.lut.2012, w Bez kategorii

Dzis siedzimy z Aleksym w chacie.Pluje on i pluję ja. On
jest chory jak zwykle, ja mam chore zatoki od kilku tygodni. Razem
oddychamy przez usta.

Wczorajsze walentynki minęły całkiem niewalentynkowo. Dzień wypełniony był normalnymi zajęciami pracowo- domowymi. No wyjąwszy poranek, kiedy to obdarowaliśmy się prezentami. Ode mnie pięknie zapakowany, z walentynkowym lizakiem, od niego w kopercie, w której przysłał go użytkownik allegro ( R.: kochanie nie masz jakiejś ładnej torebeczki. No cóż dla mojego mężczyzny detale się nie liczą. I tak otrzymałama ogromną paletę z sephory zawierającą wszystkie możliwe przydatne kobiecie akcesoria do makijażu. Prezent super, ale jaki mój mąż chciał być zmyślny. Chyba sobie wykombinował, że na najbliższe 3 lata wyeliminuje z mojego słownika zwroty: o nie, muszę sobie kupić nowy cień, albo misiu eyeliner mi się skończył. Nadzieja jednak płonna, każda kobieta wie, że w kwestii odzieży i kosmetyków koniec wymagań i potrzeb nigdy nie nastąpi :) A wieczorem piliśmy wino w starym stylu pabianickiej, czyli z gwinta :)

Sprostowanie:

Mąż oburzony ostatnią notką, w której przytoczyłam jego krytyczną wypowiedź odnośnie moich wypieków, stwierdził, że powiedział tak dlatego, że ja nic tylko siedzę w kuchni i piekę albo gotuję, a potem narzekam na zmęczenie i brak czasu.  Ja jednak myślę, że powodem gorączkowego tłumaczenia się była wizja wyeliminowania go z listy zjadaczy rogali, do których się przymierzam, a które na jego nieszczeście wychodzą mi bardzo dobrze.

Misiu, kocham Cię :)

Zostaw komentarz więcej...

omg

przez , 13.lut.2012, w Bez kategorii

To jest idealne miejsce  do narzekań… można się spokojnie uzewnętrznić, bez poczucia, że się komuś jęczy.
Juz myślałam, że mi przechodzi, a tu bach kolejny atak i zielone coś znów atakuje moje zatoki. Głowa mi zaraz wybuchnie a kuracja zalecona przez moją matkę- lekarza samouka z konieczności nie działa. Ała.

Czytałam wczoraj artykuł w gazecie i w sumie wszystko się zgadza, symptomy nawet pasują, ale wydaje mi się, że artykuł można odnieść do mnie w sensie mojej sytuacji, ale nie do mnie jako osoby. Pewien stereotyp jednak nie pasuje. Najważniejsze to nie dac sobie zrobic z mózgu sieczki, ale wszystko, co się powie, wróci rykoszetem bardzo szybko. Niby to wiem, a i tak ciężko mi czasem trzymać język za zębami

Dzisiaj pochwała Pani Bożenki. Naprawdę mieć cudowną nianię, to najlepsza rzecz na świecie, szczególnie kiedy dziecko wybiera jednotygodniowy cykl uczęszczania do przedszkolnego przybytku.

Z ważnych wydarzeń domowych: Pomponowi wypadł wąs…cóż nie wiem, czy to jakaś wróżba, objaw choroby, zły czy dobry znak…hm…Ponadto w sobotę ugotowałam cudny kapuśniak, ale nie taki stołówkowy wodnisty, tylko taki babciowy sążny…Po czym zaczęłam go konsumować w samotności (Mąż nie je, a porcje zjadane przez dziecko się nie liczą). Upiekłam również brownie serowe z dżemem wiśniowym, które wyszło moim zdaniem bardzo dobrze, utwierdza mnie w tym przekonaniu Młody, który intensywnie się na nie rzuca. Nie wiem skąd ten  przypływ kulinarnej pasji, Mąż wczoraj stwierdził, że piekę wstrętne ciasta, których nikt nie je. To prawda zdarzyło się pare niwypałów, ale bywały też i takie, które konsumował z nadmiernym wręcz zapałem. Nie będę się tym zrażać, po prostu następnym razem nie dostanie, aż w końcu pożałuje :) Zobaczymy, jaka będzie mina, jak znów zrobię rogale. Phi.

Zostaw komentarz więcej...

całe 3 dni

przez , 09.lut.2012, w Bez kategorii

Po całych trzech dniach sielankowego pobytu Aleksandra w przedszkolu, dziś rano Mały wstał z katarem. I to niestety konkretnym. Posadziłam na kanapie, kazałam się inhalować. Zaaplikowałam jakąś ogromną mieszankę syropów i modlę się żeby wytrwał, żeby to się nie rozwinęło, żeby nie wrócił do domu z temperaturą. Faktem jest, że się trochę uodparniam i nie reaguję histerią i przerażeniem co do częstotliwości. Teraz wyznaje zasadę, że po prostu muszę to przetrwać, że to pierwszy rok i tak będzie. Nie zmienia to jednak faktu, że mi go zwyczajnie szkoda, że to moje małe ukochane dzieciątko i lubię jak jest zdrowy i uśmiechnięty.

Wczoraj byłam na silowni, Młody został wiec wykąpany przez tatę, a kiedy wróciłam zapytał mnie tylko z lekkim wyrzutem, dlaczego sobie poszłam? To trudne tak się miotać pomiędzy chęcią zrobienia czegoś dla siebie, a ciągłymi wyrzutami, że nie spędzam tych dwóch godzin z synem i mężem, który notabene nie jest lepszy i zawsze z nadzieją w głosie mówi: to może jednak nie pójdziesz :)

No nie panowie, tak to nie może być, bo o zdrowie trzeba dbać. tymbardziej, że przecież tu chodzi też o moją kulawą nogę. Żebym tak się jeszcze zmobilizowała do ćwiczeń w domu, to już w ogóle byłby istny raj.

p.s. o ja pierniczę, internet jest jednak wspaniałym źródłem informacji. Eko ludzie już kompletnie powariowali. Nawet nie wiedziałam, że istnieją… tampony i podpaski wielokrotnego użytku. Niby sobie używasz a potem pierzesz i cacy. To jest chore i jeszcze trzeba za to zapłacić koło stówy! W dodatku na stronach coś tam pitolą, że dzięki nim zaczniesz inaczej patrzeć na swój okres, a czas menstruacji będziesz traktować jak przygodę ze swoim ciałem. No to ja bardzo dziękuję za takie przygody! Ludzie są nienormalni.

Zostaw komentarz więcej...

mrozy zatoki niemoce

przez , 07.lut.2012, w Bez kategorii

Po pierwsze dalej jestem niedoleczona, ale staram się by ten fakt nie wpływał na moje życie.

Po drugie jestem wkurw…Kiedy rano wiozłam Młodego do przedszkola już czułam, że coś jest nie tak. Po chwili w drodze do pracy, na kluczowym zakręcie w aucie zapaliły się wszystkie kontrolki a kierownica zamarła i nie chciała się kręcić.Postanowiłam go zgasić i zapalić ponownie. Ok jadę, kolejny (dodam dość niebezpieczny zakręt) znowu to samo. I tak jeszcze dwa razy nim doczołgałam się do roboty. Hm auto ponownie poszlo się rozagrzać na warsztat, a teraz już jest diagnozowany. Mam nadzieje, że to sprawka mrozu, bo auto nam potrzebne, gdyż idziemy z młodym po przedszkolu do fryzjera. Aleksy najwidoczniej stwierdził, że tato jednak nie jest wystarczająco dobrą fryzjerka. Kurcze oby moje auto bylo zdatne, bo jak nie to bede musiała pożyczyć od Paszczura tą Dodge’a czy jak to sie tam pisze, a w nim się chyba biegi zmienia przy kierownicy ?!

Wczoraj przed wyjściem na siłownię zapowiedziałam mężowi, że ma się spodziewać pikantnego wieczoru (pikantne wieczory ew. poranki są codziennie, ale wolałam się upewnić). Jednak po powrocie, kąpielach i obejrzeniu pełnego emocji odcinka m jak m, mąż wyglądał na średnio zainteresowanego, a przy namowach wprost, beszczelnie stwierdził, że jest zmęczony i nie ma ochoty. Nie przejęłam się zbyt ze względu na częstotliwość naszych poczynań. Z braku laku włączyliśmy więc sobie Jackass 3. Doprawdy nie wiem dlaczego zawsze ich oglądam, bo ogrom mego obrzydzenia rośnie z każdą sekundą. Zwłaszcza, co oczywiste, przy numerach związanych z ekstrementami w różnej postaci. Szczególnym zainteresowaniem zaś darzę jednego z bohaterów, który występuje w damskiej bieliźnie, ewentualnie legginsach w panterkę i  wykonuje różne dziwne czynności ze swoim przyrodzeniem. Nie wiem, czy i jak po tylu latach takich wyczynów jest on w stanie w ogóle współżyć?! A najlepsze, że film odpowiednio ożywił mi małżonka, który z nienacka zmienił zdanie, co do atmosfery, w jakiej upłynąć nam miała końcówka wspólnego wieczoru…

Zostaw komentarz więcej...

Wielkopomna chwila…

przez , 06.lut.2012, w Bez kategorii

No i się stało. Pierwszy raz moje dziecko pomknęło do placówki przedszkolnej z wielkim uśmiechem i zapałem. Weszło do sali, ogarnęło wzrokiem znajomków, po czym  cofnęło się do mnie ze słowami: muszę jeszcze tylko bardzo mocno przytulić moją mamusię, po czym bez oglądania się za siebie wskoczyło do sali. Uff no kamień z serca. Gdyby tak jeszcze te choróbska odpuściły… Póki co Aleksandra ominęły wszystkie najważniejsze publiczno-przedszkolne wydarzenia tj. pasowanie na przedszkolaka, wizyta mikołaja, bal przebierańców oraz dzień babci i dziadka. Mam nadzieje, ze przyszły rok bedzie lepszy.

Mrozy trzymają niemiłosiernie. Moje auto wprawdzie odpala, ale potem jedzie juz tylko na dwójce i jak zmieniam na trójkę to muli. Mój teść stwierdził, że coś tam zamarzło i teraz auto grzeje się w warsztatach, gdzie jest cieplej niż u nas w biurze. No patrzcie to ośmiomiesięczny piesek przetrzyma ostre mrozy i jeszcze się rozkłada na kostce z błogim wyrazem na pysku,a niemieckie auto ledwo daje radę :)

Pies jest w ogóle genialny. Wczoraj mama przyniosła mi swoje futro z lisów na przetrzymanie z racji tego, że w jej szafie sie nie mieści. No i oczywiście mój Pan mąż sie w nie ubrał i dawaj straszyć nim psa. Dziś rano Bill wkroczył mi dumnie do garderoby, żeby się przywitać i jak nie ruszy na futro obnażając kły i warcząć… No raczej nie przypadło mu do gustu.

W sobotę byliśmy u Babolowego dziecka dosłownie na sekundkę. Ależ to maleńkie i włochate. Śmieszne takie małe dziecko, człowiek tak szybko zapomina jak to było…

Ja: A ciocia Ewa urodziła dzidziusia.
Młody: Tak? A gdzie?
Ja: No w szpitalu.
Młody: I spękała?
Ja: Jak to spękała?
Młody: No normalnie, czy spękała jak bańka?

Aleksander widział Ewę już z dość pokaźnym brzuszyskiem, więc ładnie sobie wszystko pokojarzył i mu wyszło. Brzuch pęka jak bańka i wyskakuje dzidzius. Jednak przyznam przez moment zgłupiałam i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy może moje dziecko nie wie więcej niż mi się wydaje o procesie naturalnego porodu :)

Zostaw komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...